O książkach, o Krakowie, o książkach w Krakowie i o Krakowie w książkach

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

"Zbrodnie prawie doskonałe" Iza Michalewicz


Ostatnie spotkanie biblionetkowe z przyczyn obiektywnych zostało przeniesione do innego lokalu – księgarnio kawiarni Revolutionibus na Brackiej w Krakowie. Serdecznie polecam to miejsce, ma niesamowitą atmosferę i wyjątkowy wybór pozycji (i nikt mi nie płaci za reklamę!), idealne do rozmów o książkach. Dlatego musiałam coś sobie tam kupić, a wybór padł na nowość wydawniczą, która od razu zwróciła moją uwagę – Zbrodnie prawie doskonałe Izy Michalewicz.

Jest to kolejna na naszym rynku pozycja opisująca prawdziwe zbrodnie, tym razem te, którymi zajęło się nasze rodzime Archiwum X, czyli jednostki policji z różnych miast powołane do wyjaśniania starych spraw. Jednocześnie jest to książka wyjątkowa pod wieloma względami. Autorka włożyła masę pracy w zbieranie materiałów do książki, odszukała ludzi związanych z poszczególnymi sprawami, przeprowadziła rozmowy z policjantami Archiwum X. W efekcie powstał przerażający i fascynujący zarazem zbiór reportaży dotyczących śledztw w sprawach o zabójstwo – niektórych bardzo medialnych, innych prawie nieznanych; jedne z nich udało się „archiwistom” rozwiązać, inne wciąż pozostają tajemnicą. Autorka bierze na tapetę między innymi sprawę zabójstwa Jaroszewiczów, krakowską sprawę Skóry (lub Kuśnierza) czy gang hodowcy truskawek.

Trudno mi jednoznacznie określić, co w tej książce spowodowało moje przerażenie, towarzyszące mi nieustannie w trakcie lektury – czy były to drastyczne nieraz szczegóły zbrodni, czy fakt, iż wiele z nich wydarzyło się w miejscach znanych mi i często odwiedzanych: Zakopane, Kraków, Piwniczna, Tczew, czy niezwykle sugestywny i plastyczny język, którym posługuje się autorka. Chociaż same opisy pozostają beznamiętne, rzeczowe, to pani Iza generuje w czytelniku ogromne emocje. Mimo iż przeczytałam w życiu liczne pozycje z tego gatunku reportażu, a jeszcze więcej kryminałów i thrillerów, po raz pierwszy tak silnie zareagowałam na książkę; do tego stopnia, że bałam się zgasić światło, i większą część lektury pozostawiłam na czas, kiedy będę z G.

Jedyne, co nie do końca zgadzało się z moim wyobrażeniem tej książki (a to przecież nie jej wina) jest fakt, iż tytuł sugerował mi, że będzie mowa po sprawach rozwiązanych przez Archiwum X. Tymczasem większość z nich wciąż czeka finału, i mimo prowadzonych pewnych działań lub istnienia wielu teorii, wciąż na pewno nie wiadomo nic. I nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie wiadomo. Zostawia to pewien niedosyt czy raczej głód wiedzy, a jednocześnie jest to kolejny powód, by się bać – sprawcy tych mordów wciąż gdzieś tam są.

Polecam gorąco, jednak tylko czytelnikom o mocniejszych nerwach, ja oczekuję na kontynuację świetnej pracy Izy Michalewicz w tym temacie, a na razie idę poczytać coś sympatycznego.

Moja ocena: 5,5/6

Iza Michalewicz Zbrodnie prawie doskonałe
Wyd. Znak
Kraków 2018

czwartek, 29 marca 2018

"Ślepy archeolog" Marta Guzowska


O książkach Marty Guzowskiej słyszała już wiele dobrego, nie raz natrafiałam na recenzje zachęcające do lektury, jednak jakoś nigdy nie było mi do nich po drodze. Zatem kiedy kilka dni temu wpadła mi w ręce najnowsza powieść autorki, Ślepy archeolog, po raz pierwszy miałam okazję przekonać się, czy opinie nie kłamały i czy to coś dla mnie.

Jak wskazuje tytuł, jest to książka o... ślepym archeologu. Przyznam, że trudno mi było się na początku przekonać do tej koncepcji, nie wiem, czy faktycznie istnieje możliwość tak dokładnego wykonywania pracy na wykopaliskach, mając do dyspozycji wszystkie zmysły poza wzrokiem. Jednak ani nie jestem archeologiem, ani nie mam problemów ze wzrokiem, zatem nigdy nie uda mi się zrozumieć w pełni tego fenomenu. Archeologiem natomiast jest sama autorka, uznałam zatem, że nie ma co jej nie wierzyć, i w pełni zatopiłam się w lekturze.

Poznajemy głównego bohatera, Toma, kiedy znajduje się w pokoju przesłuchań i ma opowiedzieć o tym, jak zabił dwie kobiety. Zaraz czytelnik przenosi się jednak kilka dni wstecz, i poznaje innych uczestników wykopalisk, centrum w którym pracują, ich zadania i rutyny. Poznajemy również przyszłe ofiary, a przede wszystkim uczymy się coraz więcej o Tomie i jego niesamowitych umiejętnościach. Tom nie tylko jest archeologiem, ale i kierownikiem wykopalisk i autorytetem w dziedzinie kultury minojskiej, co będzie miało olbrzymie znaczenie w rozwoju akcji.

Lekturę rozpoczęłam z przekonaniem, że jest to klasyczny kryminał, jednak w pewnym momencie akcja zagęszcza, zaczynają się dziać trudne do logicznego wyjaśnienia rzeczy, tak że bardziej niż kryminał książka zaczęła się rysować jako thriller. Mniej od tego, kto kogo zabił i dlaczego, znaczenie miała mroczna fabuła, której nie jest w stanie rozjaśnić nawet kreteńskie słońce. Kolejne wydarzenia zamiast tłumaczyć, powodują coraz większą konfuzję, a zwroty akcji w drugiej połowie powieści przywracają o zawrót głowy.

To jest ten typ książki, który bardzo lubię – do końca nie wiem, kto jest mordercą i jak się ułoży rozwiązanie zagadki (gdy udaje mi się tego domyśleć, czuję lekki niedosyt i rozczarowanie). Ciekawa sprawa miała miejsce z bohaterami – nikogo z nich nie polubiłam, a mimo to nie przeszkadzało mi to w lekturze. Nie byli sztuczni, byli zwyczajnie niesympatyczni, a to się przecież zdarza nagminnie w codziennym życiu. Pochłonęłam Ślepego archeologa w dwa wieczory, i zdecydowanie mogę go polecić każdemu, kto ma ochotę na literaturę rozrywkową, ale na poziomie. Ja zaś zacznę się rozglądać za innymi książkami pani Guzowskiej.



Moja ocena: 4,5/6

Marta Guzowska Ślepy archeolog
Wyd. Marginesy
Warszawa 2018

czwartek, 8 marca 2018

"Zbyt piękne" Olga Rudnicka


Z powieściami Olgi Rudnickiej mam doświadczenia na zasadzie hazardu – raz trafiam w dziesiątkę, a innym razem trafiam pudło. Z jednej strony – obie książki o Emilii Przecinek i jej szalonej rodzince oraz cykl o Nataliach – nie dość, że nie mogłam się oderwać, to jeszcze zaśmiewałam się do rozpuku podczas lektury. Z drugiej – Fartowny pech i Martwe jezioro. Pech zakończyłam na około 70 stronie i nigdy nie czułam potrzeby powrotu, Jezioro wprawdzie przeczytałam do końca, ale w sumie nie wiem po co.

Zbyt piękne uplasowało się dla mnie gdzieś pomiędzy. Zarys fabuły był bardzo obiecujący – dwoje głównych bohaterów pada ofiarą oszusta, który obojgu im sprzedaje ten sam dom. Zarówno Zuzanna jak i Tymoteusz znaleźli się chwilowo na życiowym zakręcie i pieniądze władowane w dom były jedynymi jakimi dysponowali, tymczasem szczęśliwy sprzedający ulotnił się gdzieś niby sen jaki złoty. Ponieważ policji, mimo wszelkich starań, nie udaje się namierzyć złoczyńcy, bohaterowie postanawiają sami go poszukać i doprowadzić za łachy przed oblicze sprawiedliwości.

Sam pomysł bardzo mnie zachęcił – jeśli idzie o komedie, to sytuacja gdy nieznane sobie osoby z jakiegoś powodu muszą razem zamieszkać zwykle żywo budzi moje zainteresowanie. Nie jest to zresztą pomysł nowy u Rudnickiej – dla znających jej twórczość od razu na myśl przychodzą Natalie. Również język w Zbyt piękne nie zawiódł, i wielokrotnie chichrałam się podczas lektury. Pewne poboczne wątki, jak choćby mamusia gangstera, nadawały powieści koloryt typowy dla najlepszych książek tej autorki.

Z drugiej strony nie mogłam podczas lektury pozbyć się wrażenia, że ta konkretna książka była pisana nie tyle pod natchnieniem muzy, co terminu. Świetnie się zapowiadało, a potem miejscami coś siadało, a niektóre dialogi byłyby śmieszne gdyby zakończyć je dwie strony wcześniej, zamiast sztucznie przeciągać. Wreszcie zakończenie było trochę... od czapy. Nie wiem dlaczego tak mam, ale lubię, gdy działania podejmowane przez bohaterów w przeciągu powieści jakoś się miało do finału, tymczasem tutaj działo się, działo a na koniec okazało się, że sprawa została rozwiązana swoją drogą i właściwie wszystko co Zuza i Tymek zrobili było niepotrzebne. To mi pozostawiło pewnie niedosyt. Podobnie odniosłam wrażenie, że autorka wprowadziła na scenę pewnych bohaterów z konkretnym zamiarem, a następnie zmieniła zdanie i miała miejsce niezapowiedziana niczym volta, której nie nazwałabym jednak zwrotem akcji. Plus za to, że pewne kwestie nie zostały kończone tak jakby się można spodziewać z samego zarysu akcji, ale ilość i szybkość zawiązanych romantycznych związków pod sam koniec książki zostawiła mnie w stanie lekkiego osłupienia.

Parę słów jeszcze o Zuzannie, ponieważ jest to pierwsza bohaterka autorstwa Olgi Rudnickiej, której szczerze nie polubiłam. Baba (Zuza, nie autorka) jest zwyczajnie głupia i arogancka, od razu zaczyna się na wszystkich wydzierać, wymyśla niestworzone rzeczy a następnie się obraża. W niewielkim natężeniu nieporozumienia tworzą komedię, ale jeśli powstają tylko dlatego, że ktoś nie ma podstawowej umiejętności prowadzenia dialogu, to to nie jest śmieszne tylko irytujące. I zbyt przypomina otaczającą rzeczywistość.

Jak widzicie, mam z najnowszą powieścią Olgi Rudnickiej wielki kłopot. Na pewno dalej będę czytać jej powieści, a nawet chętnie bym poczytała kontynuację, jeśli będą w niej niektórzy z bohaterów (aczkolwiek po tym, jak się skończyło to nie bardzo jest z czego zrobić drugiego tomu), ale było też tutaj mnóstwo problematycznych elementów, które nieco mi zepsuły przyjemność z lektury. Zdecydowanie nie jest to książka, od której należałoby zacząć przygodę z twórczością pani Rudnickiej, z drugiej wielbicielki jej książek na pewno sięgną i po ten tytuł.

Teraz pytanie do Was – czy czytaliście już Zbyt piękne? Czy ja się czepiam, czy faktycznie coś jest nie tak?


Moja ocena: 3,5/6

Olga Rudnicka Zbyt piękne
Wyd. Prószyński i S-ka
Warszawa 2018

wtorek, 6 marca 2018

Komisarz Maigret


W dobie wieluset stronicowych, siedemnastotomowych powieści kryminalnych, z dwudziestoma wątkami, taką samą liczbą podejrzanych, komentarzem społecznym, specyficzną wiedzą, retrospekcjami i malutkim geranium, konsternację budzić może coś co jest malutkie, króciutkie i skupia się tylko i wyłącznie na zbrodni. Coraz trudniej nam uwierzyć, że 150 stron dobrze napisanej powieści kryminalnej może zawierać w sobie pełną i satysfakcjonującą historię.

Za wyjątkiem powieści Agathy Christie nigdy nie przejawiałam upodobania w takich właśnie kryminałkach, aż do niedawna. Udało nam się bowiem wybrać na targ staroci Pod Halą, gdzie można również kupić książki, a tam natrafiłam na pana polecającego mi powieści o komisarzu Maigrecie autorstwa Georgesa Simenona. I tym sposobem odkryłam mojego kolejnego ulubionego detektywa.

Na razie mam za sobą lekturę trzech tytułów: Maigret i widmo, Tajemnica komisarza Maigret i Pomyłka Maigreta. Przed sobą – jeszcze około 30 kolejnych. Nie wiem sama, co najbardziej mnie w nich ujęło: czy elegancki, dystyngowany ale i doświadczony pan komisarz, czy kryminalne zagadki, które pomimo niewielkich gabarytów książki są zawsze dobrze skonstruowane i dosyć skomplikowane, czy wreszcie atmosfera Paryża w tle, który choć już zna już niektóre techniczne udogodnienia XX wieku, to jednak wciąż jest tym samym Paryżem – z kawiarniami, kabaretami i konsjerżkami w kamienicach. Jednocześnie, co odróżnia francuskie powieści Simenona od brytyjskiej Agathy Christie, to pewna frywolność na którą królowa kryminałów sobie nie pozwalała. Seks jest tu nie tylko napominany mimochodem, ale obecny w rozmowach bohaterów bez większego skrępowania.

Co ciekawe, na tych 150 stronach, które średnio ma każdy tom, udało się autorowi zmieścić te wszystkie elementy: intryga, śledztwo, opis Paryża i jego mieszkańców, prywatne życie komisarza, i jeszcze czasem dodać komentarz społeczny. I jednocześnie nie miałam wrażenia, żeby czegoś była za dużo bądź za mało. I chociaż lubię opasłe współczesne powieści kryminalne, to wydaje mi się, iż niektórzy autorzy obecni na rynku mogliby się wiele od Simenona nauczyć.

niedziela, 4 marca 2018

"Ostatnia bitwa templariusza" Arturo Perez-Reverte


Ostatnie kilka miesięcy to totalny blamaż, jeśli idzie o czytanie moich zaległych książek. Na liście pozostaje wciąż 158 pozycji, niektóre z nich czekają już dobre 10 lat, a ja uzmysławiam sobie nie tylko to, jak olbrzymie ilości książek kupowałam, ale i totalną przypadkowość niektórych zakupów. Nieraz drapię się w głowę i zastanawiam się, co też mi przyszło do głowy, by dołączać taki czy inny tytuł do mojej biblioteczki. Powoli też zacierają się szczegóły, w jakich okolicznościach dana książka do mnie trafiła.

Korzystając z okazji, iż dochodzę do zdrowia po operacji i tymczasowo wróciłam na łono rodziny, postanowiłam poczytać trochę pozycji, które zostawiłam w domu rodzinnym. Sięgnęłam po pierwszą z brzegu, nieprzeczytaną pozycję – padło na Ostatnią bitwę templariusza Arturo Perez-Reverte. Ciekawa sprawa – pamiętam że trafiła do mnie w wyniku wymiany na pewnym portalu, z którego niegdyś namiętnie korzystałam, i że skusiło mnie nazwisko autora (do dziś pamiętam emocje, z jakimi czytałam Klub Dumas). Natomiast zupełnie nie zdawałam sobie sprawy, o czym jest ta powieść. W moim szale nabywania kolejnych książek po prostu zapomniałam przeczytać blurba z tylnej okładki!

Dzięki temu zaniedbaniu miałam okazję po raz pierwszy od wielu, wielu lat przeczytać coś, o czym zupełnie nic nie wiedziałam. Też tak macie? Blogi, portale, facebook – zwykle doskonale wiemy, w co się pakujemy, w chwili gdy sięgamy po kolejny tytuł, wiemy już, czy to skandynawski kryminał wyspiarski z prawniczką w roli głównej, czy dramat psychologiczny o zaginionym dziecku. Tymczasem otworzyłam dwa dni temu ponad 500-stronicową knigę i dałam się wciągnąć w jedną z najlepszych intryg, jakie czytałam w ostatnich miesiącach.

Zaczyna się od włamania do komputera papieża, i myślałam „Ocho, Dan Brown”, ale fabuła szybko przeniosła mnie do starego kościółka w Sewilli, do pałacu ostatnich przedstawicieli arystokratycznego rodu, do świata wielkich pieniędzy i sprzecznych interesów. Pereze-Reverte stworzył fascynujący thriller z niesamowitymi postaciami, z których na największą chyba uwagę zasługuje główny bohater – Lorenzo Quart, którego można określić mianem watykańskiego Jamesa Bonda. Inną bohaterką, zasługującą na podziw, jest sama Sewilla, odmalowana przez autora tak sugestywnie, że zaczęłam sprawdzać, czy lata tam RyanAir. Lata.

Można określić Ostatnią bitwę mianem czytadła, ale czytadła z klasą i polotem, którego często brak wielu pozycjom tego typu. Czy fabuła jest prawdopodobna? Nie bardzo. Czy autor poleciał czasem po bandzie? Oj, nie raz. Ale czy mogłam się oderwać od tej książki? Z wielkim trudem, bo nie łatwo przychodzi nam dobrowolne opuszczanie uliczek historycznego miasta, zwłaszcza, gdy kroczymy nimi w towarzystwie kogoś takiego jak wielebny Quart. I nawet fakt, iż powieść została napisana 20 lat temu i od tamtej pory możliwości techniczne uległy znacznej rozbudowie, nie zmienia faktu, że warto po Ostatnią bitwę templariusza sięgnąć.

Moja ocena: 6/6

Arturo Perez-Reverte Ostatnia bitwa templariusza
Wyd. Muza
Warszawa 2001

środa, 21 lutego 2018

"Komisarz" Paulina Świst

Zawsze z wielkimi nadziejami i oczekiwaniami podchodzę do pisarskich prób prawników. Może to zawodowa solidarność, a może świadomość, że poza pewnymi przypadkami prawnicy to bardzo łebscy ludzie i to mi się jakoś przekłada na przekonanie, że muszą świetnie pisać. Zwłaszcza, gdy bohaterami swoich powieści czynią właśnie prawników. Zwykle srogo się rozczarowuję. Tak było i tym razem.

Z mocnym zażenowaniem uzmysłowiłam sobie, że akurat tą pozycję wybraliśmy dla teścia na prezent pod choinką. Komisarz wyglądał na kolejny polski kryminał, w dodatku polecany jak Internet długi i szeroki. Tymczasem okazało się, że to 50 twarzy Grey'a, wersja polska. Nie jestem jakoś szczególnie pruderyjna, nie oczekuję też że na 300 stronach rozpisany zostanie na bogato rozwijający się związek. Czytałam Norę Roberts, wiem wiem co to znaczy „graficzny opis”. Tyle , ze to tutaj było zupełnie n ie do przełknięcia – bohaterowie nie wzbudzali żadnych emocji, nawet tych negatywnych. Zwyczajne drewniane marionetki. Sceny seksu wyskakiwały jak Filip z konopii. Ja rozumiem nagłą namiętność, ale dla mnie to wyglądało mniej więcej tak „Cześć, cześć. Bzykanie. A jednak Cię nie lubię”. Gdzieś w tle była jakaś kryminalna afera, ale z każdą kolejną stroną tak pokręcona, że przestałam śledzić co się tak w ogóle odpitala. Może jestem głupia, nie wiem, ale nie zrozumiałam połowy z tego, co się działo. Jak na 300 stronicową powieść, autorka mogłaby obdzielić ilością bohaterów i ich powiązać co najmniej pierwsze 600 odcinków Klanu, i jeszcze by zostało trochę na widownie w Rozmowach w toku.

Jedyne, co mogę napisać na obronę tej powieści, to język. Mimo absurdalności całej fabuły jakoś dało się to czytać. Szkoda że potencjał nie został wykorzystany na coś, co miałoby chociaż ręce i nogi. Bo naprawdę mogłoby być lepiej. Gdyby główna bohaterka nie była tak głupia, afera była mniej skomplikowana a bardziej przemyślana, durne teksty rodem z telenoweli lekko wygładzone... Tymczasem co 5 stron wywracałam oczami tak silnie, że zdołałam całkiem dokładnie obczaić swój tyłek, ale sensu tego co przeczytałam dalej nie widzę. W ogóle zastanawiam się, czy autorka nie jest przypadkiem autorem – sądząc po ilości samców alfa i kretynek które są piękne, bogate, z sukcesami, super niezależne i wygadane, ale gonią w czasie pracy dostarczyć swoim Misiom obiadek, trudno uwierzyć, że mogła to napisać kobieta. Możliwe, że odzywa się we mnie wojująca feministka?

Dawno już nie czytałam niczego tak złego. Chciałabym napisać, ze rozumiem, że komuś na powieść mogła się spodobać, ale nie rozumiem. Chciałabym napisać, że literatura rozrywkowa nie musi być super ambitna, ale uważam, że powinna trzymać jakiś poziom. Chciałabym nie czytać w kolejnej powieści, że prokurator jest zwierzchnikiem policjanta, a znowu musiałam.


Moja ocena: 2,5/6 (2 za to, że doczytałam do końca, 0,5 za kilka śmiesznych tekstów).

Paulina Świst Komisarz
Wyd. Akurat

Warszawa 2017

wtorek, 9 stycznia 2018

"Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy" Paweł Reszka

Chyba większość z nas na myśl o pójściu do lekarza ogarnia zdenerwowanie. Obok tego związanego z ewentualną chorobą dochodzi jednak zdenerwowanie samym systemem – będzie trzeba się przebić przez rejestrację, siedzieć w kolejce razem z innymi pacjentami wysłuchać historię choroby pani Wiesi, jej męża, kuzyna, szefa kuzyna i jego psa. Lekarz przez większość wizyty będzie zajęty wypełnianiem papierów, a na koniec dostaniemy receptę której wykupienie spowoduje sporą dziurę w domowym budżecie. A nie daj Boże, jeśli będzie trzeba się położyć w szpitalu.

Polska służba zdrowia to chyba jeden z bezpieczniejszych tematów rozmowy, bo wydaje się, że niezależnie od zdrowia, wieku, zamieszkania i do pewnego stopnia finansów, każdy jest z niej niezadowolony. Tymczasem większość z nas dysponuje tylko ograniczoną wiedzą na temat tego szalenie skomplikowanego systemu. Dlatego książka Pawła Reszki jest tak pożyteczna – pozwala nam spojrzeć na wiele kwestii z punktu widzenia lekarzy.

Od razu mówię, że nie nabierzecie ani zrozumienia ani pozytywnego nastawienia do systemu opieki zdrowotnej w Polsce. Raczej upewnicie się w swoim intuicyjnym poczuciu, że lepiej nie chorować. Autor zatrudnił się w jednym ze szpitali jako sanitariusz, by zaczerpnąć wiedzy bezpośrednio u źródła. Jednak lwia część książki to wypowiedzi lekarzy – specjalistów, stażystów, studentów, rezydentów i członków samorządu. Dowiedziałam się wielu rzeczy – czym się różnic rezydent od stażysty, a czym od specjalisty; na jakiej zasadzie przyznawane są miejsca na specjalizacji (i kto decyduje ile tych miejsc jest), jaki wpływ mają firmy farmaceutyczne, jak finansowane są szpitale, i dlaczego wiele z nich jest poważnie zadłużona. Czym jest Biedronka i dlaczego młodzi lekarze rejestrują się z bezrobociu. Dlatego podtytuł wydaje mi się częściowo chybiony – nie tyle chodzi tu o znieczulicę polskich lekarzy, ile znieczulicę polskiego systemu.

Ogólne wrażenie nie jest przesadnie optymistyczne i bliżej mu do atmosfery z Alicji w krainie czarów – brakuje tylko by na drzwiach szpitali powieszony został obrazek z uśmiechniętym kotem i słowami „Wszyscy jesteśmy obłąkani”. I nawet nie ma gdzie uciekać, bo szpitale psychiatryczne borykają się z takimi samymi problemami jak inne.


Można by mieć zarzut, że książka jest jednostronna, że opisuje tylko rzeczy złe. Wszak wielu z nas ma pewne doświadczenia z publiczną opieką zdrowotną, które wiązały się z szybką i profesjonalną opieką lekarzy i pielęgniarek, bez znajomości i bez „dawania w łapę”. Myślę, że gdyby autor chciał uwzględnić i takie przypadki, książka byłaby o wiele dłuższa. Ponadto, wbrew temu co czujemy, takie „dobre wspomnienia ze szpitala” powinny być normalnością, a nie czymś, co się opisuje w reportażach. A że tak nie jest, no cóż. Pozostaje zapytać dlaczego i poszukać odpowiedzi w książce Pawła Reszki Mali bogowie.